higiena stóp - pamięci przyjaciela

prysznic był czynny tylko raz
w tygodniu dlatego stopy
mył co dzień stojąc na jednej
nodze przed umywalką
zyskał przydomek bocian

wsłuchany w "kaprys włoski" czajkowskiego
węchem sprawdzał ich czystość
dzięki ćwiczeniom yogi

skarpety zmieniał często
zużyte wrzucał pod łóżko
miotłą wymiatał skarpetokurz
wrzucał do pomalowanej pod
skórę tekturowej walizki
co dwa tygodnie sto kilometrów
zawoził matce do prania

prawdopodobnie te same
pluskwy piły nasze krwi
pliszka szuka kumpli

kundli rasy wygolona glaca
kiboli w stylu a pała łapa
takich kich boli glacjologów

chcą czegoś dlatego nic boli
kiboli chodzi o język

nie zrzęd urządzonych na
grzędach w urzędach
ogranych wzorców

kiwa ogonem popiskuje brodzi
w kałużach szara ruchliwa
przyjemna przepraszam
pliszko że ciebie używam
gips

głowa przymocowana do osłony
rynny, z loków sterczą uszy osła.
woda nie cieknie z ust. pękła rura.

oddziedziczyłem głowę po poprzednim
lokatorze. drwiąc myślałem: ten ma gust.
teraz, po latach, nie mógłbym wyobrazić
sobie ogrodu bez niej. zawsze, gdy
patrzę na gipsową twarz, próbuję
odnaleźć siebie w jej grymasie.
znajduję znudzoną gębę wroga.

spogląda na dwa drzewa z czereśniami.
na jednym słodkie, żółtoróżowe, na
drugim ostre, ciemnowiśniowe. śpiewa,
naśladuje kosa przebojem bez słów.
gopło(2)

kiedy masmedia donoszą o ludziach z afryki, 
próbujących dotrzeć do europy, 
przypominają mi obraz:

spocony rybak na łodzi wali wiosłem o wodę, 
płoszy ryby, szukają wyjścia na płyciźnie,
próbują przeskoczyć ścianę sieci,
coraz bardziej zacieśnia się obszar bez wyjścia, 
coraz większe zagęszczenie;
przez oczka przecisną się małe,
ich czas nastąpi gdy dorosną;

ten widok z dzieciństwa sprawia, że
nie wiem po której stronie sieci jestem,
myślę, czy wiosła uderzają już z obu stron?

28.07.07.
gopło(1)


mysikróliki żerują na czarnej sośnie,
myśli myszkują w przypomnieniach snu.

w tunelu pod dnem jeziora, pomiędzy
mysią wieżą a kolegiatą, popielata mysz
przeistoczona w mysi popiół króla popiela.

sny nie mają znaczeń i znaczenia, myślę,
student stu den myśli o myślach
kniazia myszkina z "idioty" dostojewskiego.

mysie popiskiwania mnisich legend
mysikrólików w koronie sosny
zdają się mówić: pomyślenie to sianie
pomylenia pomylonego dobrocią kniazia.
nigdy nie będę wiedział

na mszy dla młodzieży szkolnej ktoś kłuje mnie szpilką w 
tyłek odwracam się kilka rozweselonych gęb śmiech "młotka" 
najzłośliwszy daję mu w twarz rzuca się na mnie szamotanina 
jakiś dorosły łapie nas za karki  wyrzuca z kościoła chłopaki 
chichoczą tu nie będę cię bił mówi "młotek" zaciśnięte zęby
ty kaczaku mówię przyjdź na boisko po meczu nakładę ci po 
pysku ile zechcesz rzuca się ku mnie zabiję gnoja mówi 
zatrzymuje odwraca odchodzi po kościele poranek w kinie 
obiad w domu idę na mecz nie obchodzą mnie pytania takie 
jak teraz może nie on mnie ukłuł może niesłusznie dostał w 
twarz trzeba było powiedzieć ukłuj mnie w drugi pośladek 
lub on powinien nastawić drugi policzek dlaczego mam brać 
udział w bójce długa wyczerpująca podarte ubrania jemu 
krew z nosa mi z wargi otoczeni grupą kibiców zauważają 
dorośli rozpędzają nic z tego nie wynika nikt nie wygrywa
odchodząc odgraża się potem przez wiele miesięcy wymijania 
coraz obojętniejsze kilka lat po tym wyjeżdżam wracam po 
czterdziestu latach widzę idzie ulicą nic o nim nie wiem 
przypominam sobie to zdarzenie patrzy na mnie widzę że 
mnie poznał cześć "młotek" mówię do mnie pan mówi wiem 
że udaje ze względu na wrogą twarz rezygnuję to chyba 
pomyłka mówię przeszedłszy kilkanaście kroków odwracam 
się widzę on też patrzy za siebie odwraca się idzie dalej swoją 
drogą ja swoją może nie warto sobie przypominać tego co 
było może on ma rację że to nie ma znaczenia nigdy nie będę 
wiedział co ma
rudzik


chłód żalu w melodii,
rdza bukowych liści, jak
zakrzepła krew barwi pierś
śpiewaka jesieni,
reszta piór w odcieniach mgły.

co dzień, od kilkunastu
dni nagłaśnia swój obszar
lęgowy. budzi lęk
o jego życie, kiedy
słyszę chichot krogulca.
zmowa

obok budynku z napisem "aerowokzał czita" 
siedzę na walizce, podchodzi dziecko o twarzy 
infantki z obrazu velazquez'a  "las meninas", 
pyta: diadia, ty kto takoj?

zaskoczony nic nie mówię, odwraca się, odchodzi; 
dziś po piętnastu latach, daleko stamtąd, nadal 
nie wymyśliłem odpowiedzi dla dziewczynki 
w czapce z królika

ostatnio skłaniałem się ku: bog znajet; nowe
wątpliwości wywołał znany autor, napisał:
jestem ateistą; on też należy na pewno do 
hiszpańsko-rosyjskiego  spisku

stolik

skalpele alp opale europy narty
w villars-sur-ollon chmury jak w
samolocie pod stopami zawroty głowy

sielawy z jeziora genewskiego
kelner rozumie niemiecki mówi
po francusku nie piję wina prowadzę

w lozannie opadal domu w którym
mieszkała cwietajewa kupuję
secesyjny stolik na trzech nogach

leżą na nim w holu listy z ostatnich
dni przeważnie rachunki bukowe
drewno pachnie starymi banknotami

pewnego dnia rozrywam obrożę konta
w banku zagryzam kurę co znosi złote
jajka wołam nakryj się stoliczku
cytat z leśmiana

zostawiam auto na parkingu, idę do banku,
mijam burdel, zbliża się człowiek niby potwarz,
powtarza: może pan wstąpi, mamy świeże
kurwy z ukrainy, takie cyce; przykłada
dłonie do piersi, odsuwa pół metra do przodu;

przypominam sobie scenę z filmu: młody
kołchoźnik patrzy w dekolt urodziwej
dojarki, mówi: lubię przyrodę ukraińską;

komentarz do wrażeń powtarzam w myśli: "w nic
rozwiała się dziewczyna i jej czar poczęty w
niebie, i pierś zakończona różową soczystką";

wchodzę do banku, wspominam słowa: ciebie
najdłużej z was czterech musiałam karmić piersią,
aż dwanaście miesięcy, za nic nie mogłam przestać,
tak płakałeś
sobota, znowu koszą

spaliny pachną siarką, kosiarka
zagłusza kosi śpiew, upodabnia
trawnik do fryzury rekruta.

pliszka widzi siebie w kałuży,
odlatuje zlękniona, ratuje
chwilę motyl na stylisku motyki.

ogon pliszki jest jak wskazówka
zegara, co się zastanawia,
czy dalej iść, czy może się cofać.

odlot pingwina

aż pewnego dnia,
tak niepewnego, jak ten, któremu
wszystkie odmówiły, pojął:
ptak to pakt o nieagresji
między możliwością lotu
a wyniosłością nieba z dumą
czworonożnego drapieżnika.

dzień - flaming grzebie w mule,
wyszukuje żyjątka w ostatnim śnie,
piórami barwi niebo.

myśl - bielinek pląsa nad łąką
przeczuć i skojarzeń, tak długo,
aż sens przyjmie postać
ciągów właściwych słów.

czasy lektur

chowa głowę pod kołdrę,
czyta przy świetle latarki;
gasi, gdy słyszy, matka otwiera drzwi,
udaje, że śpi; matka mówi:
oddaj książkę; oddaje „winnetou”
maya, nie oddaje „sztuki
kochania” wisłockiej; matka
myśli: jaki on dziecinny,
te wieczne zabawy w indian

w baden-baden nie idę z synem,
śladem fiodora, do kasyna;
ma rację auden, gdy mówi:
nie chciałbym mieszkać
z dostojewskim pod jednym dachem;
pijemy wodę mineralną, opowiadam,
co trzy lata przed śmiercią
pisał czechow do swojej narzeczonej;
widzę, że nudzę syna

twoja estyma, światku,
słabnie jak słabnę w czasie sjesty;
cichną odgłosy hien,
w odcieniach sjen myślę:
pragmatyzm łamie, rozszczepia
prawdę, jak pryzmat optyczny
światło, przekształca prawdę w korzyść;
wygrywa zysk niby
sen morzy, z niczego nic wynika

na skróty



idę do piekarni ścieżką
za ogrodami ponieważ
bliżej oraz bez spalin

wszyscy jak ja w dzieciństwie śpią
szklana kulka stuka o szkło
śpiewa sikorka modra

przypomina
barwą piór
o spalinach







mam żonę od czterdziestu lat
nigdy nie zamierzałem się rozwieść
czasem myślałem o zabójstwie
niezawisłość za wisłą

wychodzę w nocy
palić na ganek, słyszę
spadają jabłka

znajduję wenus,
mruga nerwowo, myślę
co ja tu robię?

trawa tłumi stuk,
serce przyspiesza łup łup
żona mnie woła

wracam do domu
zahipnotyzowany
niebieskim okiem
trudnopisk

młody magister jest magnesem
dla kobiet. mimo to, samotnie
gotuje zupę z kostki "maggi".
zupa nie smakuje zupełnie.

myśli: nie chciałbym być mini-
strem, ponieważ dążę do maxi-
mum. niestety, mój wkład w rozwój
przypomina wkład do długopisu.

długopis, wiadomo, psuje charakter
pisma. boję się końca coraz
bardziej, szumię jak drzewo na
polu pustej kartki życiorysu.

tak sobie myśląc dostrzega, że
tymczasem mgła zjada kościół, biją
dzwony, rudzik na buku czyści
pióra o barwie zakrzepłej krwi.

bukolika

przy kocu opodal mirtu, starzec bez wstydu porasta trawę, w mych 
ustach palce twojej stopy, podagrycznik wabi baldachem ważkę,
przelatują nad nami spadochrony dmuchawca, pędzisz galopem
nie ruszając z miejsca, tuląc twarz do pnia sosny, trę korę do krwi

nie martw się siostro - mówię - będą z ciebie deski, ja uświerknę 
wśród świerków, zanim znajdę schronienie, zdążę wyjść na jaw,
z polnej gruszy gruchania, dalekie krzyki sójki, rytmy dla ciebie,
uśmiechy "wenus z urbino" tycjana niby śpiew pokrzewki z mirtu

piosenka o powoju

w ogrodzie stoi wuj
powój mu oplótł
kończyny i tułów
do głowy się zbliża
milimetr po milimetrze
różowe kieliszki
łopoczą na wietrze
kwitnie wuj

giętki przylepny
całkiem jak ciotka
zwinnie wymija
wszystko co spotka
i szyję wuja
owija jak żmija
kwitnie wuj
czytanie hałasu

kilka ulic na zboczach doliny
płynie równolegle do nurtu rzeki,
inne udają dopływy albo
mostami przeskakują leniwy prąd.

przy ulicach domy w ogrodach, tym
starsze im bliżej wody, po wieku
budynków można rozpoznać, jak
miasto latami wpełzało na zbocza.

skąd patrzę, widzę między koronami
drzew dachy domów niżej, na jednym
z nich człowiek czyści dachówki wodą
pod ciśnieniem, niszczy codzienną ciszę.
czarne konfetti

moja praca pod pokładem
to wkładanie śledzi
do maszyny-fileciarki.

przez rękawice czuję jak drżą
zanim znikną w maszynie.

duszę prześladują
śledzie-gapole
dusza polega.

gdy zasypiam po zmianie
roją się w oczach ich oczy.

serce kołacze słowami:
tracę poprzez pracę,
tracę poprzez,
tracę.
okolica

barwa larwy
niemal identyczna
z barwą liścia

larwa ginie 
w dziobie sikorki

dzieci skrzeczą głodem
sikorka w pśpiechu
szuka pokarmu

tempo maleje ponieważ
sroka karmi młode
pisklętami sikorki

spokój w śpiewie kosa
mówi: życie 
żywi się życiem

wieża kościoła
patrzy na mnie
w szpiczastej czapce
inkwizytora

półwysep

dom czeka u nasady, idę z plaży na końcu,
po obu stronach aleji jezioro prześwieca
przez drzewa, czasem ginie za trzcinami

idę do domu w cieniu starych drzew; obok
muszli koncertowej, patrzącej pustką na
restaurację „letniskowa” oraz przy klubie
wioślarskim, drzewa rozstępują się, jaśnieje

kiedy dotrę do domu, kąpielówki rozpięte
na skrzyżowanych patykach czarnego bzu,
będą suche; kiedyś chodziliśmy tędy razem,
jednak już od wielu lat idę sam, znikam jak
perkoz w gople, nurkuję w tamtym czasie
w miasteczku

piwonie za sztachetami
piwo w kuflu, ulica, na
rogu, jak antyk, sterczy antek,
uśmiech tłumi strach, siedzimy
w ogródku za kioskiem w cieniu
lip; gdy mówisz, zjadłabym
cokolwiek z czymkolwiek,
makolągwa zaczyna śpiewać

pająk czeka, aż ważka w sieci 
pomiędzy pniem wiśni a 
agrestem, opadnie z sił; kos
wyrywa glebie dżdżownicę;
jak zwykle na obiad sznycle;
bodziszek rozstawił łodyżki;
pokrzywa straszy nasze łydki;
w skórę uda wbija się komar

mimo, że nie chcę, odchodzisz
po tamtej stronie jeziora
maleje na zboczu twoja
bluzka czerwona jak łepek
makolągwy, już za chwilę
znikniesz, zgrywamy odgłosy
kukułki z naszym rytmem,
to przychodzisz, to odchodzisz
napar

latem bywa z chmurami: ciemna od 
deszczu na pierwszym planie, w głębi 
świecąca słońcem. siedzę wpatrzony 
w spławik, nagle 
piorun, 

błyskawica, grzmot. łyski żerują, 
jakby się nic nie stało, żółci się 
piołun. 

tylko łodygi przypominają barwą 
popiół.
w antibes

I

w muzeum picassa ( z kasą u
wejścia), dwóch starców z japonii nie
przestrzega napisu: "proszę nie
fotografować"; siwa pani
w fartuchu czyni im wyrzuty;
sorry, mówią, przestają;

w następnej sali ponownie
pstrykają a inna pani
w fartuchu znów ich przepędza;

mówisz: a mówią, że japończycy
przestrzegają porządku;
mówię: wszędzie można znaleźć
czarne owce;
mówisz: a może oni są z "drugiej
japonii"?

II

mówię: słyszałem kiedyś, jak
niemiec pytał japończyka, czy
mu podoba się w niemczech;
ładnie, odpowiedział, tylko
mogłoby być czyściej;

mówisz: słyszałam, że szkoci to są
szwabi, co musieli wyemigrować,
bo byli zbyt rozrzutni;

po muzeum, posilamy się golonką
z piwem, mówię: nie wiem czemu
czepiasz się tej "drugiej japonii"
wałęsy, kohl też obiecał wschodnim
niemcom "kwitnące landszafty" a
teraz tam rośnie zielsko;
HISTO - HISTE - RYCZNIE

wieczorami i w nocy wychodzę na ganek, żeby popatrzeć na świecące dziurki,
zwane gwiazdami; przez dziurkę od gwiazdy północnej spogląda na mnie niekiedy 
jej chłodne oko; dziś znów kłótnia między telefonem, dzwonkiem do drzwi i bólem 
głowy ;gwiazdy należy uporządkować tak, jak zrobił to, pruski architekt karl 
friedrich schinkel w dekoracji do drugiej sceny opery "czarodziejski flet" mozarta; 
w tym samym roku co słynne przedstawienie i wielki  sukces architekta jako 
scenografa, miał miejsce kongres wiedeński, przypieczętowujący ostateczny, 
zgodny z prawem międzynarodowym, podział tych ziem, które jeszcze dwadzieścia 
lat wcześniej nazywano polską; na ten kongres i jego prawomocność, powołał się 
czytelnik w swym liście do gazety frankfurter allgemeine zeitung w pierwszej 
połowie lat dziewiędziesiątych ubiegłego wieku stwierdzając, że największym 
błędem politycznym społeczności międzynarodowej, było dopuszczenie do 
powstania wszystkich tych państw pomiędzy rosją a prusami; przecież zachodni 
słowianie potrafią tylko uciskać i wypędzać ( unterdrdrücken und vertreiben) 
a jeszcze większym błędem będzie przyjęcie tych państw, do zjednoczonej europy; 
gwiazdy we wspomnianej scenografii uporządkowane są w piętnaście oddziałów 
a w każdym oddziale jest dziewiędziesiąt gwiazd w równych szeregach, trójkami 
od zenitu do horyzontu; pośrodku sceny na tronie-sierpie księżyca siedzi królowa 
nocy; z wyżej wymienionych powodów nie strzygę żywopłotów, co doprowadziło
do zagnieżdżenia się nadmiernej ilości ptaków a także osiedlenia się łasic,
wiewiórek i jeży a sąsiedzi narzekają, że zasłaniam słońce ich drzewom;
niektórzy z nich twierdzą, że wszystkiemu winien hitler a inni, że na odwrót;
piętnaście pomnożyć przez dziewiędziesiąt to daje tysiąc trzysta piędziesiąt 
gwiazd; w zupełności wystarczy; dziś jej oko wcale na mnie nie spojrzało

kapie z okapu

zeschłe liście zbudowały tamę
w rynnie, deszcz przelewa się przez krawędź.
popełnił błąd ten, co posadził
orzech włoski tak blisko domu.

zanim zmarł, mieszkał w nim dwadzieścia lat
a zbudował czterdzieści lat temu.
w ten sposób sprawił, że o nim myślę,
kiedy co roku oczyszczam rynnę.

wychodzę zapalić na taras

po drugiej stronie ulicy
młodzi małżonkowie pucują
samochód. błyszczy lecz oni
nadal polerują karoserię,
jakby chcieli dotrzeć do
blasku wzajemnej miłości.

ona ucieka lecz nie chce uciec.
on jej nie goni, podąża za nią.
z kalenicy na buk, z buka
na żywopłot. pióra obu
nastroszone. ona lotem
tanecznym. on naśladuje jej lot.
taniec godowy kosów. od
marca do lipca, myślę, będę
słyszał jego miłosne pieśni.

samolot

przez wiele lat malowałem tą samą twarz
zmienianą przez coraz to inną minę.

kiedyś twarz zasugerowała możliwość
wybuchu miny, po czym wybuchła.

oderwała kończyny, skończyłem się
jako malarz. teraz robię różne
miny do lustra, proszę o wsparcie.




- Wiecie, kochani moi, tu tak wieje od okna. 
Rzeczywiście: niedomknięte, niedomyka się, niedozamknięcia, 
tyle razy malowane, bez czyszczenia podłoża, nowa farba na starą, 
stwardniałe na kamień, wielowarstwowe pokrycie nie pozwala 
domknąć. I pewnie już nie od dziś się nie domyka, szpary kilku 
a nawet kilkunastomilimetrowe. Próbujemy na zmianę on i ja. 
Na siłę. Nic z tego. Dlaczego w takim razie nikt tego mankamentu 
nie usunie? Dlaczego,  przy  temperaturze za oknem w okolicy zera, 
gdy jedyny grzejnik ledwie letni, nikt nie uszczelni okna? 
Czy dlatego, że tu w tej sali szpitalnej leżą chore na serce 
a nie na grypę albo zapalenie płuc?
-Boję się, że się przeziębię.  Już mnie coś w gardle drapie.
Nie pomogły interwencje w administracji u ordynatora ani u pielęgniarek. 
Kupiliśmy materiały uszczelniające, pielęgniarki pożyczyły drabinę, 
zakleiliśmy szpary, temperatura podniosła się o kilka stopni, nadal
trochę za zimno ale od biedy można wytrzymać, zrobiliśmy to, 
co powinien zrobić kto inny,  kochana Polska, czy komunistyczna, 
czy kapitalistyczna, ten sam bałagan, lenistwo, niekompetencja;

po rosyjsku diejstwitielnost': diejstwie - działanie
po niemiecku Wirklichkeit: das Wirken - działanie
po polsku rzeczywistość: widzenie rzeczy;
widać co widać i nic z tego

najwyższa frekwencja w kościołach w Europie, wszyscy wiedzą, 
co to jest grzech - myślą, słowem i uczynkiem a przecież 
nieuczynienie tego, co powinienem zrobić, to też grzech,
przecież to grzech brać wynagrodzenie za niewykonaną pracę

rzeczywistość
to nie, że przez
rzeczywiste oczy
widzę oczywiste 
rzeczy lecz, że  
tak  działa na 
mnie rzecz i tak 
na rzecz działam,
aby sprostać
rzeczy, aby za 
rzecz odpowiadać

MI  OŚĆ,
choć ryby nie
jadłem utknęła
w gardle,
wciąż szukam
ruch społeczny


prawdziwek organizuje komitet
obrony praw śliwek

odmawiam udziału mówi kukurydza
ze względu na kuku rydza

od stu dni trwają posiedzenia
przy studni

kołowrót sprzecznych zdań słychać
aż koło wrót

efekt narad wciąż jednaki
w śliwkach robaki
cisza

żadnych śpiewów-zachęt dla samic
tylko drozdów ostrzegawcze odgłosy
sierpień po nim jesień spokój lasu
obcy cień długo błądził miał dosyć
nie kiwnął na pożegnanie zamilkł
napływ zimna ślady dźwięków zasnuł

w gęstwie śpi twej postaci obraz
choć nigdy ciebie nie widziałem
wtedy zmieniał się niemal codzień
jak słowa co zmieniają się w stałe
gdy wiatr korony buków z rdzy obrał
zakpił: "to kłuje lecz przechodzi"
krewka okolica

kiedyś, kiedy były jeszcze tory kolejowe między kruszwicą a inowrocławiem, 
jeździłem do liceum w "wagonie dla dojeżdżającej młodzieży szkolnej".
pociąg zatrzymywał się czterokrotnie.
pewnego dnia
poróżnili się w rożniatach,
pierwsze obelgi padły w tupadłach,
kłótnia zmąciła rozumy w mątwach,
gdy mijali rąbinek, rąbali się pięściami po gębach.
z dworca w inowrocławiu zostali zabrani przez pogotowie.
nieudane próby

silny wiatr od sahary przynosi piasek z szarańczą, najwięcej 
pracy ma kot pokładowy, przez kilkanaście dni prześladuje 
owady wyłażące z kryjówek w poszukiwaniu pożywienia; 
cykanie w pierwszym dniu tak głośne, że spać nie można, 
słabnie z dnia na dzień; jeszcze miesiąc później można znaleźć 
zeschnięte, brunatne zwłoki podobne do świerszczy 

to zdarzenie z przed lat przypomina mi się po ostatnich 
doniesieniach masmediów o młodych chłopakach z afryki, 
próbujących przedostać się do europy; policja strzela do 
najśmielszych, przełażących przez sześciometrowe płoty 
rozdzierając o druty kolczaste ubrania i skórę; dzięki tym 
wiadomościom uświadamiam sobie, że nadal żyję za drutami

memento mori

przed rokiem napisałem:
"popatrz mgła ścieli liście
już grzeje jeż dziewuszkę
słodką jakby jeść kiście
winogron albo gruszkę"

dziś pod gęstwiną jeżyn
już nieżywy jeż leży
zgraja much znosi jaja
materia cuchnie, duch nie

nie wiem co mną porusza
jeża czy moja dusza
wysokie napięcia

wygrażają śmiercią lub kalectwem; mój przewodnik po 
rosji, żyd o wyglądzie koreańczyka (po matce) i niemiecko-
brzmiącym nazwisku, (znał na pamięć kiladziesiąt wierszy 
brodskiego), zmarł dziesięć lat temu, ponoć na serce w 
wiedniu, chociaż jego żona powiedziała mi wtedy przez 
telefon, że po otwarciu trumny w moskwie, stwierdzono 
dwie rany postrzałowe, jedną w ramieniu, drugą w głowie; 
w dziewiędziesiątym drugim byliśmy razem w tyndzie u 
naczelnego dyrektora bajkało-amurskiej magistrali, olgierda 
albertowicza romanowicza ("iz paljakow", "niet, polskowo 
nie znaju") i sprzedaliśmy mu niemieckie maszyny do cięcia 
na deski modrzewi syberyjskich; drewno o intensywnej, 
niemal pomarańczowej barwie; było tam wtenczas jeszcze 
zimniej niż zimno; dziś wyobrażam sobie saszę w trumnie 
modrzewiowej; tyle mieliśmy przygód i planów
grünling-verdier d`europe-zielienuszka

w windzie szczerzy zęby
pies na ręku kobiety

mróz słońce bezwietrznie
na świerku krogulec
odrywa strzęp po strzępie
z ciepłego jeszcze dzwońca

w innych językach nazwy
pochodzą od barwy piór,
nie wiem, dlaczego w polskim
od głosu?  na śniegu
leżą pióra koloru mchu

w hotelu widok morza
przegrywa z plamą na
wykładzinie

most za oknem

krzew pomiędzy drzewami drze światło,
żółć dojrzewającej papierówki
dojrzanej przez żagiel pośród liści,

pamiętam, gdy uczyłeś się mówić,
mówi mama, wskazałeś palcem na
kałużę, powiedziałeś, o! gopło!

gopło porusza dziś niby popłoch
łysek, chichot krogulca ostrzega
jak ostrze, tnie śpiewania przestrzeni,

woda dnia przemienia słońce w chmarę
płomieni, fala przetwarza falę,
szukam lecz nie znajduję we mnie mnie

w starym domu

co roku we wrześniu ze strychu słychać łasice,
przyjazne odgłosy z wiosny przemienione w agresję,
płacz, rozpacz, prośby o litość, matka wypędza
dorosłe dzieci; czasami bywa inaczej;
najsilniejsze wygania matkę oraz rodzeństwo;
trzy lata temu córka zagryzła matkę, znalazłem
martwą pod mirtem, larwy much żerowały w pęknięciach 
skóry, mrówki wchodziły do głowy przez oczodoły, 
pochowałem ją w cieniu orzecha za domem

drzewo rozrosło się przez lata, gałęzie wiszą
nad dachem, orzechy spadają, nocami stukają
o dachówki; mówisz: ktoś chodzi po dachu; myślę:
o! żesz! może to duchy poprzednich lokatorów?
kiedyś latałem niby orzeł, dziś spadam jak orzech
łowca śpiewu

piski, tłok na wysypisku wytłoków
za olejarnią chmara dzwońców ze szczygłami,

(można je porównać do próbujących napisać wiersz)

uciekają na topole opodal, aż minie
zagrożenie: człowiek, jastrząb, kot na czatach,

maskuję sidła, zaciskają się pętle z końskiego
włosia, szamotania ofiar płoszą inne ptaki,

chowam zdobycz do papierowej torebki po cukrze,
nie zapominam o otworach dla oddychania,

na początku walą głowami o pręty klatki, im
wcześniej zaczną jeść, tym większe szanse, że przeżyją,

śpiewy słychać już po dwóch tygodniach,
nie wiem jak teraz, nie byłem tam od tylu lat,

nadal pamiętam, jak szybko bije
serce przerażonego śpiewaka w dłoni

walki o swoje

wśród ptaków, tylko dzięcioł pstry potrafi
wcisnąć orzech włoski w rozwidlenie gałęzi,
walić, aż pokaże się jądro, jak mały mózg;

czeka na to zwykle wrona, sroka lub sójka,
odpędza dzięcioła, odlatuje ze zdobyczą;

czasem musi nakarmić kilka krukowatych
zanim sam zacznie jeść; rezygnuje, kiedy
chętnych za dużo albo gdy walczą o orzech;

krogulec poluje na kosy próbujące
zwykle bezskutecznie odpędzić dzięcioła
oraz na dojadające resztki sikorki;

wszystkie ptaki uciekają na widok kani
rudej oraz mój, kiedy zjawiam się z koszykiem
pod drzewem w moim nie moim ogrodzie
krytyczne ograniczenie przestrzeni

jak wynika z podwodnych obserwacji, ławica śledzi, czy makreli,
zachowuje się spokojnie w momencie, kiedy znajdzie się we wlocie
włoka; ryby ogarnia niepokój i próbują uciekać, kiedy zwężający się
ku końcowi, najeżdżający na nie włok, zaczyna spychać je ku sobie;
ten moment niepokoju, specjaliści zajmujący się techniką połowów,
nazywają krytycznym ograniczeniem przestrzeni; w tym miejscu
włoka, gdzie występuje wspomniane ograniczenie, wielkość oczek
sieci musi być taka, aby ryby nie mogły się przez nie przecisnąć;
ustalenie tej zależności, pozwoliło na zmniejszenie oporu włoka,
poprzez zwiększenie wielkości oczek w jego przedniej części i tym
samym zwiększyło wydajność połowów; głowy, wnętrzności i kości
ryb, czyli pozostałości po filetowaniu, mielone są drobno a potem
suszone, w ten sposób otrzymuje się mączkę rybną, używaną jako
dodatek do pokarmu w fermach kurzych; masz rację, jeśli zdaje ci się,
że kurczak z supermarketu pachnie rybą,; pisząc o krytycznym
ograniczeniu przestrzeni, daleki jestem od jakichkolwiek analogii
pomiędzy ludźmi a rybami, choć czasem trudno mi się nim oprzeć;
mam tu na myśli techniki wynikające z psychologii społecznej,
stosowane w promocjach towarów, reklamie i wszelkiego rodzaju;
kampaniach wyborczych w państwach parlamentarnych demokracji;
podręczniki o sieciach, tą część włoka, w której ryby nie mają szans
uciec, nazywają matnią

oczy picassa

nie zwróciłbym uwagi, gdyby nie sprzeczność;
max frisch pisze w dzienniku: ..starzec z kłująco
jasnymi oczami..; natomiast różewicz w wierszu:
..łysa wielka głowa/ w głowie czarne płonące oczy..
obaj widzieli go w polsce przy końcu sierpnia
czterdziestego ósmego, miał wtedy sześdziesiąt
sześć lat; na licznych autoportretach są czarne lub
brązowe; pospiesznie szukałem w biografiach
lecz znalazłem tylko: gorączkowe, zamyślone;
zdziwiłem się swoim zapałem, jakbym miał nadzieję,
że dowiem się, co i jak widział, jeśli ustalę barwę;
dlaczego frisch napisał, że są jasne?

wasenstrasse 7

żona gorana z poddasza odchodzi, znalazła nowego;
goran odkrywa możliwość jednoczesnego użycia belki
stropowej stołka sznura do wieszania bielizny oraz grawitacji

na pierwszym piętrze blond liselotte wraz z małżonkiem z
pakistanu naśladują własne papużki nierozłączki; również na
schodach nie zapominają o całusach

pani fitzner gotuje soczewicę, zapach stara się dotrzeć wszędzie,
jakby chciał dorównać wiedzy wdowy z parteru, o wszystkim
co zdarza się w domu

wracam z pracy u „ruecker' a” (wkrótce ogłosi plajtę), przez
uchylone drzwi pani fitzner pyta, ile kosztowała moja kurtka,
wchodzę na drugie piętro, bukowe schody skrzypią jak tamten czas
prosołęgi nad bliskozłotem

ruiny klaszoru benedyktynów w hirsau nad nagoldem;

dla zachęcenia wyobraźni wystarczy prztłumaczyć nazwy:
hirse to proso, au - nadbrzeżne  łęgi, nah - blisko, gold - złoto,
bene dicti - dobra nowina;

budowle z ciemnego piaskowca o barwie (jak pisze w dzienniku
camus) zakrzepłej krwi;

na sowiej wieży (eulenturm) szczerzą zęby zachwycające
płaskorzeźby lwów;

wkrótce po przeczytaniu w muzeum: "podczas zasypiania, stary mnich
pilnował młodego, żeby nie trzymał rąk pod derką",
zobaczyłem za załomem muru klasztornego podwórza, dwie nagie,
całujące się na kocu dziewczyny;

obrazek niby sen młodego zakonnika;

gdy dostrzegły mnie, wstały i odwrócone tyłkami, ubrały
pospiesznie; jedna krzyknęła: czego się gapisz?!

musiałem

szept śladów 

            Ich saz uf eime steine
             Und dachte bein mit beine  
                    Walther von der Vogelweide               
siadam, jak on, na kamieniu,
zakładam nogę na nogę,
na niej opieram łokieć, w dłoń
wtulam policzek i brodę

podczas czekania w ogrodzie,
wichura łamie dwa świerki,
piorun śliwę, bez usycha,
ta sama muzyka liści

wkrótce, jak zwykle od nowa,
przyjdą myśli w myślach słowa,
wystarczy zajrzeć pod kamień,
tam rozbiegane stonogi
zmartwienie

dziesięć procent ptaków złowionych w sieci
na południu włoch czy francji stanowią słowiki
(najsmaczniejsze)

kiedyś mówiły: kocham; poszły sobie nie wiem
dokąd; może wpadły w sieci dostawców
ekskluzywnych restauracji?

kto teraz napisze, co zmieni mnie w nie mnie?
kto zaśpiewa?

dostawca? kucharz? kelner? żarłok?
"skowronek z bandą skowroniątek"?
słownik zamiast słowika?
frasca

buk znowu próbuje, co roku tak samo
stwarza z liści
niebo

na czubku korony, zasłonięty gęstwą,
czystością melodii
paszkot gra
anioła

z konga wraca wilga, śpiewem z nazw
iwołga, pirol, loriot zaćmiewa
blask mistrza

mogę siedzieć niby "pod liściem" lipy,
gość bez zaproszenia,
zanim buk
zakończy
moi przyjaciele

zaczynają po czwartej
nad ranem
wywołują ciepło

wzgórze za serres
pustułka wisi nad łąką
kilka chwil

słyszysz ciszę?
już się zbliża
świat bez ptaków

jadę miglanc migrant
na rowerze chłód
przenika odzież

końcowa fraza kosa:
jakby nigdy nic chyba
żeby albo jakoś tam
pocztówka z portugalii



jeszcze niedawno ryba-miecz ścigała ostroboki,
dziś jem jej jasne mięso w przerwie podróży do
cabo de s. vincente, ten pazur europy gromadzi
konsumentów wrażeń z granic;



z wysokiej skały skacze człowiek, ostrzami
dłoni przebija falę, jak harpun skórę wieloryba,
skok jak ból głowy, zobaczę później na ekranie,
jako reklamę mydła w płynie;



na chwilę staję się jedną z czapli złotawych:
spiesznie łykają świerszcze, płoszone z trawy
pyskami stada krów, drzemią na grzbietach
ssaków, powietrze pachnie pieprzem
van gogh mówi o sobie, widzi sowę

księżyc czaruje żółcią złości, wracamy do arles,
gaugin i ja polną drogą, chciałem mu podarować
połowę lewego ucha, odciąłem brzytwą lecz gdzieś
się schował, dałem racheli, wcale tego nie chciałem,
zawiadomiła policję, potem wyjechał, jakby
nie wiedział, co znaczy zostać samym, bezlistna wierzba
więzi księżyc gałęźmi, wypustki z piór na głowie
sprawiają wrażenie uszu wsłuchanych w szmery,
oszustwa liści, mysz gmera w mierzwie, szelesty
myśli,szperam w pamięci, szukam słowa, nagle
napada sowa, pazur przebija mysz jak nagła myśl:
chcę jak świerszcz śpiewać językiem sokratesa

zwierzę


udaje, że szuka wyjścia,
stuka, chce mnie oszukać,
gdyby wyjść chciało naprawdę,
wygryzłoby się z klatki
piersiowej na wolność.

śpiew, śmierć w ogrodzie,
ukryty w świerku krogulec
czeka, aż dogodna odległość
przemieni pokrzewkę
w zdobycz.
notatka z norwegii

stary rybak otula sieciami krzewy
czarnej porzeczki, osłania przed kwiczołami

zmyślne ptaki przedziobują butwiejące
włókna, dobierają się do ciemnych kulek

"trost", powtarza, "trost", każdy chciałby coś słodkiego,
uśmiecha się pod nosem reperując sieć

uczy mnie łowić kraby w pułapki, głowy
czarniaków na przynętę, przez noc wpada dziewięć

przy wyjmowaniu trzeba uważać, mogą
przeciąć palec do kości, żywe do wrzątku

"trost" to po polsku "drozd", mówię podczas jedzenia,
przecież to prawie tak samo, mówi zdziwiony

może mieliśmy kiedyś wspólny język, milknie,
ciszę przerywają głosy ostrygojadów

całe ich stado przeszukuje pospiesznie,
odsłonięte przez odpływ, błyszczące dno morza
widoki ptaków w zimie



I posiłek



gra barw gouaches decoupees matisse'a,
myślę o "klownie" oraz o "koszmarze
białego słonia" z cyklu "jazz":

gra barw w ogrodzie
biel tnie czerń w żółci ginie czerwień:
na ośnieżonej gałęzi kos
połyka owoce kaliny,

nie dzieje się nic tylko lęk,

kos przeglądam okolicę,
czy nie widać krogulca, w każdej
kulce kaliny czyha sens




II premedytacje



jastrząb odrywam strzęp za strzępem
od gołębia, co dogorywa,
rzęzi osaczony srokami,
czekam na resztki z posiłku
jak sroki, utożsamiony
z ofiarą współczuję ofierze,

głód, dług u żołądka, kaszle
zakłopotany jak lekarz,
martwi go jednoczesne bycie
zabijającym, zabijanym,
widzem czekającym na ochłap,

tymczasem odwilż upodabnia
krajobraz do upierzenia srok
lub pokrewieństwa dobra ze złem