w miasteczku

piwonie za sztachetami
piwo w kuflu, ulica, na
rogu, jak antyk, sterczy antek,
uśmiech tłumi strach, siedzimy
w ogródku za kioskiem w cieniu
lip; gdy mówisz, zjadłabym
cokolwiek z czymkolwiek,
makolągwa zaczyna śpiewać

pająk czeka, aż ważka w sieci 
pomiędzy pniem wiśni a 
agrestem, opadnie z sił; kos
wyrywa glebie dżdżownicę;
jak zwykle na obiad sznycle;
bodziszek rozstawił łodyżki;
pokrzywa straszy nasze łydki;
w skórę uda wbija się komar

mimo, że nie chcę, odchodzisz
po tamtej stronie jeziora
maleje na zboczu twoja
bluzka czerwona jak łepek
makolągwy, już za chwilę
znikniesz, zgrywamy odgłosy
kukułki z naszym rytmem,
to przychodzisz, to odchodzisz

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz