szept śladów 

            Ich saz uf eime steine
             Und dachte bein mit beine  
                    Walther von der Vogelweide               
siadam, jak on, na kamieniu,
zakładam nogę na nogę,
na niej opieram łokieć, w dłoń
wtulam policzek i brodę

podczas czekania w ogrodzie,
wichura łamie dwa świerki,
piorun śliwę, bez usycha,
ta sama muzyka liści

wkrótce, jak zwykle od nowa,
przyjdą myśli w myślach słowa,
wystarczy zajrzeć pod kamień,
tam rozbiegane stonogi
zmartwienie

dziesięć procent ptaków złowionych w sieci
na południu włoch czy francji stanowią słowiki
(najsmaczniejsze)

kiedyś mówiły: kocham; poszły sobie nie wiem
dokąd; może wpadły w sieci dostawców
ekskluzywnych restauracji?

kto teraz napisze, co zmieni mnie w nie mnie?
kto zaśpiewa?

dostawca? kucharz? kelner? żarłok?
"skowronek z bandą skowroniątek"?
słownik zamiast słowika?
frasca

buk znowu próbuje, co roku tak samo
stwarza z liści
niebo

na czubku korony, zasłonięty gęstwą,
czystością melodii
paszkot gra
anioła

z konga wraca wilga, śpiewem z nazw
iwołga, pirol, loriot zaćmiewa
blask mistrza

mogę siedzieć niby "pod liściem" lipy,
gość bez zaproszenia,
zanim buk
zakończy
moi przyjaciele

zaczynają po czwartej
nad ranem
wywołują ciepło

wzgórze za serres
pustułka wisi nad łąką
kilka chwil

słyszysz ciszę?
już się zbliża
świat bez ptaków

jadę miglanc migrant
na rowerze chłód
przenika odzież

końcowa fraza kosa:
jakby nigdy nic chyba
żeby albo jakoś tam
pocztówka z portugalii



jeszcze niedawno ryba-miecz ścigała ostroboki,
dziś jem jej jasne mięso w przerwie podróży do
cabo de s. vincente, ten pazur europy gromadzi
konsumentów wrażeń z granic;



z wysokiej skały skacze człowiek, ostrzami
dłoni przebija falę, jak harpun skórę wieloryba,
skok jak ból głowy, zobaczę później na ekranie,
jako reklamę mydła w płynie;



na chwilę staję się jedną z czapli złotawych:
spiesznie łykają świerszcze, płoszone z trawy
pyskami stada krów, drzemią na grzbietach
ssaków, powietrze pachnie pieprzem
van gogh mówi o sobie, widzi sowę

księżyc czaruje żółcią złości, wracamy do arles,
gaugin i ja polną drogą, chciałem mu podarować
połowę lewego ucha, odciąłem brzytwą lecz gdzieś
się schował, dałem racheli, wcale tego nie chciałem,
zawiadomiła policję, potem wyjechał, jakby
nie wiedział, co znaczy zostać samym, bezlistna wierzba
więzi księżyc gałęźmi, wypustki z piór na głowie
sprawiają wrażenie uszu wsłuchanych w szmery,
oszustwa liści, mysz gmera w mierzwie, szelesty
myśli,szperam w pamięci, szukam słowa, nagle
napada sowa, pazur przebija mysz jak nagła myśl:
chcę jak świerszcz śpiewać językiem sokratesa

zwierzę


udaje, że szuka wyjścia,
stuka, chce mnie oszukać,
gdyby wyjść chciało naprawdę,
wygryzłoby się z klatki
piersiowej na wolność.

śpiew, śmierć w ogrodzie,
ukryty w świerku krogulec
czeka, aż dogodna odległość
przemieni pokrzewkę
w zdobycz.
notatka z norwegii

stary rybak otula sieciami krzewy
czarnej porzeczki, osłania przed kwiczołami

zmyślne ptaki przedziobują butwiejące
włókna, dobierają się do ciemnych kulek

"trost", powtarza, "trost", każdy chciałby coś słodkiego,
uśmiecha się pod nosem reperując sieć

uczy mnie łowić kraby w pułapki, głowy
czarniaków na przynętę, przez noc wpada dziewięć

przy wyjmowaniu trzeba uważać, mogą
przeciąć palec do kości, żywe do wrzątku

"trost" to po polsku "drozd", mówię podczas jedzenia,
przecież to prawie tak samo, mówi zdziwiony

może mieliśmy kiedyś wspólny język, milknie,
ciszę przerywają głosy ostrygojadów

całe ich stado przeszukuje pospiesznie,
odsłonięte przez odpływ, błyszczące dno morza
widoki ptaków w zimie



I posiłek



gra barw gouaches decoupees matisse'a,
myślę o "klownie" oraz o "koszmarze
białego słonia" z cyklu "jazz":

gra barw w ogrodzie
biel tnie czerń w żółci ginie czerwień:
na ośnieżonej gałęzi kos
połyka owoce kaliny,

nie dzieje się nic tylko lęk,

kos przeglądam okolicę,
czy nie widać krogulca, w każdej
kulce kaliny czyha sens




II premedytacje



jastrząb odrywam strzęp za strzępem
od gołębia, co dogorywa,
rzęzi osaczony srokami,
czekam na resztki z posiłku
jak sroki, utożsamiony
z ofiarą współczuję ofierze,

głód, dług u żołądka, kaszle
zakłopotany jak lekarz,
martwi go jednoczesne bycie
zabijającym, zabijanym,
widzem czekającym na ochłap,

tymczasem odwilż upodabnia
krajobraz do upierzenia srok
lub pokrewieństwa dobra ze złem