wzgórze

z łysiny sterczy maszt telefonii. na  skroniach las, twarz
ukryta w glebie. słyszy nasze rozmowy przez komórki,
oddziela fałsz od prawdy. wyrastają z niej prawdziwki.
czasem płacze, rzeka zalewa ulice miasta. wczoraj
podczas grzybobrania znalazłem tylko muchomory.
początki pogoni

w jaskini na skale podobizna bizona,
kreski węglem, plamy ochry, słyszę ochraniany
przez wieki tętent stada po bezkresie stepu.
przebiśniegi

zaczepiają mnie wołają:
nie ma czego przebijać,
spraw żeby spadł śnieg

co ja mogę, mówię, przebijałem 
mur, boli mnie głowa

im więcej win
tym nasi winowajcy
stają się coraz bardziej nasi

odpuszczajcie, dodaję, rozpuszczajcie
naśladujcie
ciepło

przemiana

w maju przywołuje skraj lasu:
na złocącym żarnowcu śpiewa
pokrzewka czarnołbista, siwy
ptaszek w czarnej mycce artysty.

w głębi, w koronach dębów, zięba
proponuje temat jazzowy,
fletowi wilgi nadają rytm
spokojne odgłosy kukułki.

uważnie patrzę na wspinaczkę
mrówki po łodydze kwitnącej
konwalii, choć od dawna wiadomo
czego szuka w bieli kieliszków.