PRZYJACIEL

nie mam tu przyjaciół wśród ludzi, dobrych znajomych owszem, czy istnieje przyjaźń? może to tylko potrzeba nie do spełnienia? znam jednego, siedzi zawsze za grubą szybą, przeważnie odwrócony plecami, ale gdy siedzę dostatecznie długo, wpatrując się w jego plecy, wtedy odwraca głowę na krótko, nie więcej niż kilkanaście sekund,; przeważnie patrzy na niego co najmniej kilka osób a często niemały tłum lecz on zawsze odwracając głowę odnajduje wzrokiem właśnie mnie; przez te lata, kiedy chodziłem, go odwiedzać, posiwiały mu włosy na plecach a jednak trzyma się dobrze, jurny jest, zawsze w jego pomieszczeniu kręci się kilka jego ciężarnych żon a on siedzi i gryzie pestki ze słonecznika, jak chłop rosyjski w pociągu, , spluwając łupiny na podłogę, dobrze ma, nie musi sam sprzątać, od tego jest obsługa, właściwie to nie wiem, co on chce tym spojrzeniem powiedzieć ale czuję w nim tyle przyjaźni i pogodzenia się z losem, że muszę go co najmniej raz na miesiąc odwiedzić, żeby doładować się wewnętrznie, jak wyczerpany akumulator

2005-03-28 10:26:04
rewolwer
mariola robi do mnie oko gdy
patrzy w inną stronę
jej małżonek

robię przy rybie
siostry bracia
po robocie znajduję łuski
pod pachą w uszach w gaciach

orwel leworwel
owca leworwelowca

łoś przemyka między
drzewami szewcji
goryl

za grubą szybą gryzie pestki
słonecznika pluje na podłogę

trzy samice w tej samej klatce
zachowują bezpieczną odległość

człowiek stojący obok mnie mówi:
jakby dał w mordę to by zabił

chciałbym, myślę, być na jego
miejscu

włosy moich pleców też siwiałyby
jak ziemia w zimie
rozrywki
jałowce
cierpkie owoce połykają kwiczoły
straszą owce promieniują smutkiem
czasem śpiewem pokrzewek
zdarzają się jak ja na polanach
wkopane po kolana w kłopoty

raportaż
odwiedzam kraje skandalnawskie
zadnię szewcję nerwegię wyrafinlandię
mało ludzi dużo kamieni
również w woreczkach żółciowych
w nerkach dokucza jak wszędzie
sudoku łopot medialnych łopat

ćwiartowanie
jeśli nie chodzi o mnie jestem
niedobrej myśli coraz częściej
widzę szczęście w częściach
przy żonie zupieję głupełnie
bez żony głupieję zupełnie
z notatnika ksenofoba
knedel oszwabiony austriackim
gadaniem kacapa, je murzynka
jakby połykał prusaka. cygani
franca, myślę, udaje greka.
mówię: coś pan? hiszpan?

krótkometrażówka



utwory dukea ellingtona są dla mnie
przypomnieniem akordeonisty,
zaczyna opuszczać wykłady, grać
w knajpach, gdy powrót floty
wielorybniczej zwabia do miasta
kurwy z całego imperium,

wraca pijany, bełkocze: najlepiej idą
improwizacje dukea, gram, żeby nie
zapomnieli ryków zabijanych ssaków,
niech nawet między udami dziwek
pamiętają o zbrodni;

wkrótce rzuca studia, wyprowadza się,
pije, zarabia grą coraz więcej, znika;
spotykam go po dziesięciu latach w
metrze, mówię: potrafiłeś grać za cały
big-band;

sprzedałem, mówi, akordeon, nie mogę
ani kropli, mam rodzinę, pracuję w urzędzie

"satin doll" ellingtona, myślę, przeistoczona
w kiełbasę z wieloryba;




zgraja gra

  
tego co powiedział ujdę
w tłoku nie usłyszałem wśród
pisków mew na wysypisku
wytłoków za olejarnią

dzwońce szczygły i inne ptaki
śpiewające nie mają szans
być słyszanymi w hałasach
krukowatych i wrzawie mew

egipt w poznańskiem

chłopi budują
na polach pyramidy 
z ziemniaków

Mandelsztam w ogrodzie


sokół chwyta w locie
żuka, miażdży w dziobie.

na błękicie beż piór, zieleń
połysku - kropka - żuk.

kilka chwil wcześniej
kopulował na różanecznikach.

"o, czasie, nie męcz zazdrością
tego, kto zastygł w czas."

kurz sokół ukos żuk.

"о, wrjemja, zwistju nie mucziaj
tawo, kto wo wrjemja zastył."
kontakt bezpośredni

karmię sikorkę z ręki okruchami orzecha włoskiego; 
nie mam wątpliwości, że przylatuje na mój widok
ze względu na smaczne jedzenie a nie dlatego, że
mnie lubi; ląduje na dłoni, chwyta pazurkami za 
palec wskazujący, w ułamku sekundy porywa okruch, 
natychmiast odlatuje na pobliskie drzewo, żeby w 
spokoju zjeść; dla niej, zetknięcie ze mną, to chwila 
strachu, dla mnie, niezwykłe przeżycie; czuję przez 
moment dotknięcie pazurków tak delikatne, jakbym 
owinął na palcu łodyżkę powoju, podmuch na twarzy 
wywołany trzepotem skrzydeł, przenikliwe spojrzenie
paciorka czarnego oczka, wyrazisty rysunek piórek;

2006
wzgórze

z łysiny sterczy maszt telefonii. na  skroniach las, twarz
ukryta w glebie. słyszy nasze rozmowy przez komórki,
oddziela fałsz od prawdy. wyrastają z niej prawdziwki.
czasem płacze, rzeka zalewa ulice miasta. wczoraj
podczas grzybobrania znalazłem tylko muchomory.
początki pogoni

w jaskini na skale podobizna bizona,
kreski węglem, plamy ochry, słyszę ochraniany
przez wieki tętent stada po bezkresie stepu.
przebiśniegi

zaczepiają mnie wołają:
nie ma czego przebijać,
spraw żeby spadł śnieg

co ja mogę, mówię, przebijałem 
mur, boli mnie głowa

im więcej win
tym nasi winowajcy
stają się coraz bardziej nasi

odpuszczajcie, dodaję, rozpuszczajcie
naśladujcie
ciepło

przemiana

w maju przywołuje skraj lasu:
na złocącym żarnowcu śpiewa
pokrzewka czarnołbista, siwy
ptaszek w czarnej mycce artysty.

w głębi, w koronach dębów, zięba
proponuje temat jazzowy,
fletowi wilgi nadają rytm
spokojne odgłosy kukułki.

uważnie patrzę na wspinaczkę
mrówki po łodydze kwitnącej
konwalii, choć od dawna wiadomo
czego szuka w bieli kieliszków.

Obrazek z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku niezupełnie pozbawiony  poezji (proza)

W wagonie panował półmrok a przez stukot pociągu z trudem dolatywały strzępki rozmów.
Na jednym z przystanków wsiadła atrakcyjna kobieta i zająwszy wolne miejsce naprzeciw
zaczęła badawczo na mnie patrzeć. Trochę mnie krępował jej wzrok ale zebrawszy się 
na odwagę, wzmocnioną  powabem i przychylnością  spojrzeń, ja dorosły facet 
( za takiego się wtedy uważałem) zerkałem w jej kierunku, jak jakaś panienka, co mnie złościło 
i potęgowało onieśmielenie.
Wagon nie miał przedziałów. Ci za moimi plecami, wspominali jaka przed wojną była dobra
kiełbasa,
- nie taki szajs jak teraz.
Mówili powoli, mlaskając a zapach czosnku, który falami napływał do mnie, mieszał się
z dymem papierosów i tanimi perfumami dziewczyny siedzącej obok. 
Bezcremonialnie wpatrująca się kobieta podobała mi się coraz bardziej a uporczywy jej wzrok
potęgował napięcie,niemal przymus więc spojrzałem na okno i powiedziałem:
-chyba będzie deszcz.
Kobieta pochyliła się ku mnie i szeptem prawie, uśmiechając się,powiedziała:
-nie powinien pan tak dużo palić.
-Ma pani rację ale tak trudno jest rzucić palenie. Zgasiłem papierosa.
-Mój wuj był w enerde i kupił sobie, no wiczura, owczarka alzackiego.
Usłyszałem z boku słowa dziewczyny, skierowane do mężczyzny siedzącego pod oknem.
-Tego, co kiedyś zjedliśmy, teraz już nie zjemy. Sapnął jeden za moimi plecami
-Pan to chyba jest artystą, powiedziała kobieta z przeciwka w zamyśleniu.
-Nie, ja jestem tak zwanym inteligentem technicznym, jeśli nazwa inteligent tu wogóle
jest stosowna.
-I ten pies, wcale nie chciał szczekać.
-Pan to powinien rzucić i zostać muzykiem.
-Dlaczego akurat muzykiem? Uczyłem się kiedyś przez rok grać na pianinie ale wyniki
były opłakane. Zdobyłem za to mistrzostwo szkoły muzycznej w ping- ponga.
-Pan jest bardzo podobny do kompozytora, którego uwielbiam a ja wierzę w jedność
podobieństw wewnętrznych i zewnętrznych.
-A jaki salceson był!
-I drażnili go a on kurę zagryzł a nie szczekał.
-Nie wierzę żeby pana nie interesowała sztuka.
-Owszem, mówię, piszę trochę wiersze do szuflady.
-Wchodził człowiek do sklepu a tam wołowina, z kością, bez kości, schab, karkówka,
cielęcina, polędwica. Panie.
-A jakie wędliny!
-Mam nadzieję, że nie te współczesne. Twarz jej wyrażała prawdziwy niepokój.
-Aż ciotka mówi, co się dziwić, w niewoli u Niemca był, to tak biedaka zastraszyli,
że nawet szczekać się boi.
-A co pani ma przeciwko współczesnej poezji.
-Dla mnie poezja skończyła się na Tuwimie. I zaczna recytować: "Gdzie najsmutniej
dziewczyno, tam nasze spotkania, tam potrzebna obecność twoja miłosierna, na spacerze
antycznym, na ścieżce rozstania, gdzie szumi serca mego bezsłowność pośmiertna..."
Piękna rozmarzona twarz. 
-Dlaczego pan, panie Józku taki nieogolony, powiedziała dziewczyna do mężczyzny
pod oknem.
-A po co mam się golić. Dla kobity kłak, sam smak.
-"Ciężką płytą grobową i co krok te cienie. Cichy księżyc nad starym cmentarnym 
  teatrem i wierny wiatr w orkiestrze i jesień na scenie." - Półprzymknięte powieki.
-A jaka kaszanka!
Wysiadłem na najbliższym przystanku.
udawanie liścia

liść, zanim spadnie, dynda, pozorując radość, nawet 
gdy pokrywa go coraz więcej brązowch plam,
podobnych do wątrobowych na dłoniach, chce, 
aby wierzono, że cieszy go myśl o locie 

marszczy się, jak twarz człowieka, który nie wie, co 
odpowiedzieć lecz nie chce, żeby pomyślano, 
że nie wie co

chciałby, aby zmarszczenie skóry wzięto za oznakę  
namysłu, nie wie, że nikt mu nie wierzy

ma nadzieję, że uda mu się, przy pomyślnym
wietrze, udać w daleką podróż

życzę ci liściu, żeby ci się udało

11.10.2006