gopło (19)


ożywiali rozmowy w kolejce po żywność
ci, co utonęli, co roku ktoś tonął.

łuna nad cmentarzem, podczas święta
zmarłych, ożywiała chmury.

pomarszczone podmuchami jezioro
szeptało o nich w poświacie księżyca.

w szepcie słyszałem zachętę
do poznawania tajemnic głębin.


z zapisków optymisty

postanawiam zostać drzewem, na polanie wkopuję się,
jak w kłopoty, po kolana, czekam aż wypuszczę korzenie

wyrosną mi igły czy liście? jak miło będzie asymilować,
samowystarczalnie, od jelit, żołądka, niezależnie, do tego
świadomość dotleniania zanieczyszczonej atmosfery

a co z zapładnianiem? wiatrosiennie czy owadopylnie?
może będę nawet dębem i parafrazując kochanowskiego
powiem: ja, dąb, co mieścy przeschnął, choć liść na mnie
płowy, przedsie stoję potężnie, bo mam korzeń zdrowy

na razie zimno mi w stopy lecz mam nadzieję, że wyrąb
nastąpi nieprędko; na pewno będę już zielony, gdy
przybędą sanitariusze z oddziału zamkniętego

maj 2006
piękno natury

schowany za tują patrzę na czułe pożegnanie
sąsiada z kobietą

w zeszłym tygodniu wręczył jej bukiet bzu,
w tym - pęk tulipanów

ostatni pocałunek, on wraca do domu, ona
odjeżdża kabrioletem

kabriolet zawsze ten sam, kobieta
coraz to inna

kiedyś mówił mi, że w środy przed
południem ma zniżkę

ona ma najwyżej trzydzieści lat, on
siedemdziesiąt osiem

była u niego dwie godziny, przez ten
czas, kos na gałęzi świerku dbał o
muzyczną oprawę
lipa
 
znienacka wyrasta pośrodku
drogi, czołowe zderzenie
auta z pniem

"gościu siądź po mym
liściem a odpoczyń
sobie", mówi

nareszcie będę miała na to
czas, dusza uśmiecha się,
opuszczając ciało

dręczy mnie połowiczność
egzystencji, dałbym wiele za
cholewę, myśli półbut w rowie
w ramach podgrzewania przyjaźni pomiędzy u.s.a. a mną, nabyłem w niemieckim
sklepie, kamizelkę o nazwie "truckerweste" czyli kamizelkę kierowcy
ciężarówki; napis na metce:

                             AMERICAN BASIC STYLE
                                                XXL,

powyżej napisu jest jeszcze miniaturka flagi tego najważniejszego państwa;
przyjaźń postanowiłem podgrzać, ponieważ oziębła była po wojnach z serbią
i irakiem; w czternastu kieszeniach noszę klucze, dyskietki z wierszami, kartki
z notatkami do wierszy, długopis, ołówki, temperówkę, scyzoryk, okulary do
czytania i tak dalej; zakładam ją tylko w domu, ogrodzie i na tarasie, kiedy
gdzieś wychodzę, czy wyjeżdżam przebieram się w inne ubrania, aby nie
pomyślano, że manifestuję przyjaźń zbyt ostentacyjnie; kupiłem kamizelkę,
żeby wykazać się dowodem mojej wiernopoddańczej lojalności, kiedy tu przyjdą
po wygranej wojnie z iranem, chinami i rosją; posiadam też inny dowód: od
dziesięciu lat zakładam na ryby czapkę armii u.s.a. taką, jaką można zobaczyć
w telewizji na głowach obrońców naszej przyszłej, wspólnej, globalnej,
amerykańskiej ojczyzny



2005
orzeł

tyrał kiedyś, orał, do niezgryzienia
zgryzał orzech, orzeł, dziś nie orze,
żadnych złudzeń, pochylił się, zsiwiał,
niemal zbielał a najgorsze, że wie,
że nie mówi nic ważnego twierdząc,
że żyje w kulturze kultu mieszka
również polietylenowego,
że czas w gardle stoi, jak lektura
bestsellera podczas sałatki
z selera, jak orzeł niemal białej,
że wyschła już droga od oka,
co po niej łza spełzła do brody
wciąż płonie gopło, zło drwęca
drwiąca we wrześniu wrotycze
żółte światła skrzyżowań wciąż
płoną skrzydła słów o żesz orzeł




2005