niezawisłość za wisłą

wychodzę w nocy
palić na ganek, słyszę
spadają jabłka

znajduję wenus,
mruga nerwowo, myślę
co ja tu robię?

trawa tłumi stuk,
serce przyspiesza łup łup
żona mnie woła

wracam do domu
zahipnotyzowany
niebieskim okiem
trudnopisk

młody magister jest magnesem
dla kobiet. mimo to, samotnie
gotuje zupę z kostki "maggi".
zupa nie smakuje zupełnie.

myśli: nie chciałbym być mini-
strem, ponieważ dążę do maxi-
mum. niestety, mój wkład w rozwój
przypomina wkład do długopisu.

długopis, wiadomo, psuje charakter
pisma. boję się końca coraz
bardziej, szumię jak drzewo na
polu pustej kartki życiorysu.

tak sobie myśląc dostrzega, że
tymczasem mgła zjada kościół, biją
dzwony, rudzik na buku czyści
pióra o barwie zakrzepłej krwi.

bukolika

przy kocu opodal mirtu, starzec bez wstydu porasta trawę, w mych 
ustach palce twojej stopy, podagrycznik wabi baldachem ważkę,
przelatują nad nami spadochrony dmuchawca, pędzisz galopem
nie ruszając z miejsca, tuląc twarz do pnia sosny, trę korę do krwi

nie martw się siostro - mówię - będą z ciebie deski, ja uświerknę 
wśród świerków, zanim znajdę schronienie, zdążę wyjść na jaw,
z polnej gruszy gruchania, dalekie krzyki sójki, rytmy dla ciebie,
uśmiechy "wenus z urbino" tycjana niby śpiew pokrzewki z mirtu

piosenka o powoju

w ogrodzie stoi wuj
powój mu oplótł
kończyny i tułów
do głowy się zbliża
milimetr po milimetrze
różowe kieliszki
łopoczą na wietrze
kwitnie wuj

giętki przylepny
całkiem jak ciotka
zwinnie wymija
wszystko co spotka
i szyję wuja
owija jak żmija
kwitnie wuj
czytanie hałasu

kilka ulic na zboczach doliny
płynie równolegle do nurtu rzeki,
inne udają dopływy albo
mostami przeskakują leniwy prąd.

przy ulicach domy w ogrodach, tym
starsze im bliżej wody, po wieku
budynków można rozpoznać, jak
miasto latami wpełzało na zbocza.

skąd patrzę, widzę między koronami
drzew dachy domów niżej, na jednym
z nich człowiek czyści dachówki wodą
pod ciśnieniem, niszczy codzienną ciszę.