czarne konfetti

moja praca pod pokładem
to wkładanie śledzi
do maszyny-fileciarki.

przez rękawice czuję jak drżą
zanim znikną w maszynie.

duszę prześladują
śledzie-gapole
dusza polega.

gdy zasypiam po zmianie
roją się w oczach ich oczy.

serce kołacze słowami:
tracę poprzez pracę,
tracę poprzez,
tracę.
okolica

barwa larwy
niemal identyczna
z barwą liścia

larwa ginie 
w dziobie sikorki

dzieci skrzeczą głodem
sikorka w pśpiechu
szuka pokarmu

tempo maleje ponieważ
sroka karmi młode
pisklętami sikorki

spokój w śpiewie kosa
mówi: życie 
żywi się życiem

wieża kościoła
patrzy na mnie
w szpiczastej czapce
inkwizytora

półwysep

dom czeka u nasady, idę z plaży na końcu,
po obu stronach aleji jezioro prześwieca
przez drzewa, czasem ginie za trzcinami

idę do domu w cieniu starych drzew; obok
muszli koncertowej, patrzącej pustką na
restaurację „letniskowa” oraz przy klubie
wioślarskim, drzewa rozstępują się, jaśnieje

kiedy dotrę do domu, kąpielówki rozpięte
na skrzyżowanych patykach czarnego bzu,
będą suche; kiedyś chodziliśmy tędy razem,
jednak już od wielu lat idę sam, znikam jak
perkoz w gople, nurkuję w tamtym czasie
w miasteczku

piwonie za sztachetami
piwo w kuflu, ulica, na
rogu, jak antyk, sterczy antek,
uśmiech tłumi strach, siedzimy
w ogródku za kioskiem w cieniu
lip; gdy mówisz, zjadłabym
cokolwiek z czymkolwiek,
makolągwa zaczyna śpiewać

pająk czeka, aż ważka w sieci 
pomiędzy pniem wiśni a 
agrestem, opadnie z sił; kos
wyrywa glebie dżdżownicę;
jak zwykle na obiad sznycle;
bodziszek rozstawił łodyżki;
pokrzywa straszy nasze łydki;
w skórę uda wbija się komar

mimo, że nie chcę, odchodzisz
po tamtej stronie jeziora
maleje na zboczu twoja
bluzka czerwona jak łepek
makolągwy, już za chwilę
znikniesz, zgrywamy odgłosy
kukułki z naszym rytmem,
to przychodzisz, to odchodzisz
napar

latem bywa z chmurami: ciemna od 
deszczu na pierwszym planie, w głębi 
świecąca słońcem. siedzę wpatrzony 
w spławik, nagle 
piorun, 

błyskawica, grzmot. łyski żerują, 
jakby się nic nie stało, żółci się 
piołun. 

tylko łodygi przypominają barwą 
popiół.
w antibes

I

w muzeum picassa ( z kasą u
wejścia), dwóch starców z japonii nie
przestrzega napisu: "proszę nie
fotografować"; siwa pani
w fartuchu czyni im wyrzuty;
sorry, mówią, przestają;

w następnej sali ponownie
pstrykają a inna pani
w fartuchu znów ich przepędza;

mówisz: a mówią, że japończycy
przestrzegają porządku;
mówię: wszędzie można znaleźć
czarne owce;
mówisz: a może oni są z "drugiej
japonii"?

II

mówię: słyszałem kiedyś, jak
niemiec pytał japończyka, czy
mu podoba się w niemczech;
ładnie, odpowiedział, tylko
mogłoby być czyściej;

mówisz: słyszałam, że szkoci to są
szwabi, co musieli wyemigrować,
bo byli zbyt rozrzutni;

po muzeum, posilamy się golonką
z piwem, mówię: nie wiem czemu
czepiasz się tej "drugiej japonii"
wałęsy, kohl też obiecał wschodnim
niemcom "kwitnące landszafty" a
teraz tam rośnie zielsko;
HISTO - HISTE - RYCZNIE

wieczorami i w nocy wychodzę na ganek, żeby popatrzeć na świecące dziurki,
zwane gwiazdami; przez dziurkę od gwiazdy północnej spogląda na mnie niekiedy 
jej chłodne oko; dziś znów kłótnia między telefonem, dzwonkiem do drzwi i bólem 
głowy ;gwiazdy należy uporządkować tak, jak zrobił to, pruski architekt karl 
friedrich schinkel w dekoracji do drugiej sceny opery "czarodziejski flet" mozarta; 
w tym samym roku co słynne przedstawienie i wielki  sukces architekta jako 
scenografa, miał miejsce kongres wiedeński, przypieczętowujący ostateczny, 
zgodny z prawem międzynarodowym, podział tych ziem, które jeszcze dwadzieścia 
lat wcześniej nazywano polską; na ten kongres i jego prawomocność, powołał się 
czytelnik w swym liście do gazety frankfurter allgemeine zeitung w pierwszej 
połowie lat dziewiędziesiątych ubiegłego wieku stwierdzając, że największym 
błędem politycznym społeczności międzynarodowej, było dopuszczenie do 
powstania wszystkich tych państw pomiędzy rosją a prusami; przecież zachodni 
słowianie potrafią tylko uciskać i wypędzać ( unterdrdrücken und vertreiben) 
a jeszcze większym błędem będzie przyjęcie tych państw, do zjednoczonej europy; 
gwiazdy we wspomnianej scenografii uporządkowane są w piętnaście oddziałów 
a w każdym oddziale jest dziewiędziesiąt gwiazd w równych szeregach, trójkami 
od zenitu do horyzontu; pośrodku sceny na tronie-sierpie księżyca siedzi królowa 
nocy; z wyżej wymienionych powodów nie strzygę żywopłotów, co doprowadziło
do zagnieżdżenia się nadmiernej ilości ptaków a także osiedlenia się łasic,
wiewiórek i jeży a sąsiedzi narzekają, że zasłaniam słońce ich drzewom;
niektórzy z nich twierdzą, że wszystkiemu winien hitler a inni, że na odwrót;
piętnaście pomnożyć przez dziewiędziesiąt to daje tysiąc trzysta piędziesiąt 
gwiazd; w zupełności wystarczy; dziś jej oko wcale na mnie nie spojrzało

kapie z okapu

zeschłe liście zbudowały tamę
w rynnie, deszcz przelewa się przez krawędź.
popełnił błąd ten, co posadził
orzech włoski tak blisko domu.

zanim zmarł, mieszkał w nim dwadzieścia lat
a zbudował czterdzieści lat temu.
w ten sposób sprawił, że o nim myślę,
kiedy co roku oczyszczam rynnę.

wychodzę zapalić na taras

po drugiej stronie ulicy
młodzi małżonkowie pucują
samochód. błyszczy lecz oni
nadal polerują karoserię,
jakby chcieli dotrzeć do
blasku wzajemnej miłości.

ona ucieka lecz nie chce uciec.
on jej nie goni, podąża za nią.
z kalenicy na buk, z buka
na żywopłot. pióra obu
nastroszone. ona lotem
tanecznym. on naśladuje jej lot.
taniec godowy kosów. od
marca do lipca, myślę, będę
słyszał jego miłosne pieśni.

samolot

przez wiele lat malowałem tą samą twarz
zmienianą przez coraz to inną minę.

kiedyś twarz zasugerowała możliwość
wybuchu miny, po czym wybuchła.

oderwała kończyny, skończyłem się
jako malarz. teraz robię różne
miny do lustra, proszę o wsparcie.




- Wiecie, kochani moi, tu tak wieje od okna. 
Rzeczywiście: niedomknięte, niedomyka się, niedozamknięcia, 
tyle razy malowane, bez czyszczenia podłoża, nowa farba na starą, 
stwardniałe na kamień, wielowarstwowe pokrycie nie pozwala 
domknąć. I pewnie już nie od dziś się nie domyka, szpary kilku 
a nawet kilkunastomilimetrowe. Próbujemy na zmianę on i ja. 
Na siłę. Nic z tego. Dlaczego w takim razie nikt tego mankamentu 
nie usunie? Dlaczego,  przy  temperaturze za oknem w okolicy zera, 
gdy jedyny grzejnik ledwie letni, nikt nie uszczelni okna? 
Czy dlatego, że tu w tej sali szpitalnej leżą chore na serce 
a nie na grypę albo zapalenie płuc?
-Boję się, że się przeziębię.  Już mnie coś w gardle drapie.
Nie pomogły interwencje w administracji u ordynatora ani u pielęgniarek. 
Kupiliśmy materiały uszczelniające, pielęgniarki pożyczyły drabinę, 
zakleiliśmy szpary, temperatura podniosła się o kilka stopni, nadal
trochę za zimno ale od biedy można wytrzymać, zrobiliśmy to, 
co powinien zrobić kto inny,  kochana Polska, czy komunistyczna, 
czy kapitalistyczna, ten sam bałagan, lenistwo, niekompetencja;

po rosyjsku diejstwitielnost': diejstwie - działanie
po niemiecku Wirklichkeit: das Wirken - działanie
po polsku rzeczywistość: widzenie rzeczy;
widać co widać i nic z tego

najwyższa frekwencja w kościołach w Europie, wszyscy wiedzą, 
co to jest grzech - myślą, słowem i uczynkiem a przecież 
nieuczynienie tego, co powinienem zrobić, to też grzech,
przecież to grzech brać wynagrodzenie za niewykonaną pracę

rzeczywistość
to nie, że przez
rzeczywiste oczy
widzę oczywiste 
rzeczy lecz, że  
tak  działa na 
mnie rzecz i tak 
na rzecz działam,
aby sprostać
rzeczy, aby za 
rzecz odpowiadać

MI  OŚĆ,
choć ryby nie
jadłem utknęła
w gardle,
wciąż szukam
ruch społeczny


prawdziwek organizuje komitet
obrony praw śliwek

odmawiam udziału mówi kukurydza
ze względu na kuku rydza

od stu dni trwają posiedzenia
przy studni

kołowrót sprzecznych zdań słychać
aż koło wrót

efekt narad wciąż jednaki
w śliwkach robaki
cisza

żadnych śpiewów-zachęt dla samic
tylko drozdów ostrzegawcze odgłosy
sierpień po nim jesień spokój lasu
obcy cień długo błądził miał dosyć
nie kiwnął na pożegnanie zamilkł
napływ zimna ślady dźwięków zasnuł

w gęstwie śpi twej postaci obraz
choć nigdy ciebie nie widziałem
wtedy zmieniał się niemal codzień
jak słowa co zmieniają się w stałe
gdy wiatr korony buków z rdzy obrał
zakpił: "to kłuje lecz przechodzi"
krewka okolica

kiedyś, kiedy były jeszcze tory kolejowe między kruszwicą a inowrocławiem, 
jeździłem do liceum w "wagonie dla dojeżdżającej młodzieży szkolnej".
pociąg zatrzymywał się czterokrotnie.
pewnego dnia
poróżnili się w rożniatach,
pierwsze obelgi padły w tupadłach,
kłótnia zmąciła rozumy w mątwach,
gdy mijali rąbinek, rąbali się pięściami po gębach.
z dworca w inowrocławiu zostali zabrani przez pogotowie.
nieudane próby

silny wiatr od sahary przynosi piasek z szarańczą, najwięcej 
pracy ma kot pokładowy, przez kilkanaście dni prześladuje 
owady wyłażące z kryjówek w poszukiwaniu pożywienia; 
cykanie w pierwszym dniu tak głośne, że spać nie można, 
słabnie z dnia na dzień; jeszcze miesiąc później można znaleźć 
zeschnięte, brunatne zwłoki podobne do świerszczy 

to zdarzenie z przed lat przypomina mi się po ostatnich 
doniesieniach masmediów o młodych chłopakach z afryki, 
próbujących przedostać się do europy; policja strzela do 
najśmielszych, przełażących przez sześciometrowe płoty 
rozdzierając o druty kolczaste ubrania i skórę; dzięki tym 
wiadomościom uświadamiam sobie, że nadal żyję za drutami

memento mori

przed rokiem napisałem:
"popatrz mgła ścieli liście
już grzeje jeż dziewuszkę
słodką jakby jeść kiście
winogron albo gruszkę"

dziś pod gęstwiną jeżyn
już nieżywy jeż leży
zgraja much znosi jaja
materia cuchnie, duch nie

nie wiem co mną porusza
jeża czy moja dusza
wysokie napięcia

wygrażają śmiercią lub kalectwem; mój przewodnik po 
rosji, żyd o wyglądzie koreańczyka (po matce) i niemiecko-
brzmiącym nazwisku, (znał na pamięć kiladziesiąt wierszy 
brodskiego), zmarł dziesięć lat temu, ponoć na serce w 
wiedniu, chociaż jego żona powiedziała mi wtedy przez 
telefon, że po otwarciu trumny w moskwie, stwierdzono 
dwie rany postrzałowe, jedną w ramieniu, drugą w głowie; 
w dziewiędziesiątym drugim byliśmy razem w tyndzie u 
naczelnego dyrektora bajkało-amurskiej magistrali, olgierda 
albertowicza romanowicza ("iz paljakow", "niet, polskowo 
nie znaju") i sprzedaliśmy mu niemieckie maszyny do cięcia 
na deski modrzewi syberyjskich; drewno o intensywnej, 
niemal pomarańczowej barwie; było tam wtenczas jeszcze 
zimniej niż zimno; dziś wyobrażam sobie saszę w trumnie 
modrzewiowej; tyle mieliśmy przygód i planów
grünling-verdier d`europe-zielienuszka

w windzie szczerzy zęby
pies na ręku kobiety

mróz słońce bezwietrznie
na świerku krogulec
odrywa strzęp po strzępie
z ciepłego jeszcze dzwońca

w innych językach nazwy
pochodzą od barwy piór,
nie wiem, dlaczego w polskim
od głosu?  na śniegu
leżą pióra koloru mchu

w hotelu widok morza
przegrywa z plamą na
wykładzinie

most za oknem

krzew pomiędzy drzewami drze światło,
żółć dojrzewającej papierówki
dojrzanej przez żagiel pośród liści,

pamiętam, gdy uczyłeś się mówić,
mówi mama, wskazałeś palcem na
kałużę, powiedziałeś, o! gopło!

gopło porusza dziś niby popłoch
łysek, chichot krogulca ostrzega
jak ostrze, tnie śpiewania przestrzeni,

woda dnia przemienia słońce w chmarę
płomieni, fala przetwarza falę,
szukam lecz nie znajduję we mnie mnie

w starym domu

co roku we wrześniu ze strychu słychać łasice,
przyjazne odgłosy z wiosny przemienione w agresję,
płacz, rozpacz, prośby o litość, matka wypędza
dorosłe dzieci; czasami bywa inaczej;
najsilniejsze wygania matkę oraz rodzeństwo;
trzy lata temu córka zagryzła matkę, znalazłem
martwą pod mirtem, larwy much żerowały w pęknięciach 
skóry, mrówki wchodziły do głowy przez oczodoły, 
pochowałem ją w cieniu orzecha za domem

drzewo rozrosło się przez lata, gałęzie wiszą
nad dachem, orzechy spadają, nocami stukają
o dachówki; mówisz: ktoś chodzi po dachu; myślę:
o! żesz! może to duchy poprzednich lokatorów?
kiedyś latałem niby orzeł, dziś spadam jak orzech
łowca śpiewu

piski, tłok na wysypisku wytłoków
za olejarnią chmara dzwońców ze szczygłami,

(można je porównać do próbujących napisać wiersz)

uciekają na topole opodal, aż minie
zagrożenie: człowiek, jastrząb, kot na czatach,

maskuję sidła, zaciskają się pętle z końskiego
włosia, szamotania ofiar płoszą inne ptaki,

chowam zdobycz do papierowej torebki po cukrze,
nie zapominam o otworach dla oddychania,

na początku walą głowami o pręty klatki, im
wcześniej zaczną jeść, tym większe szanse, że przeżyją,

śpiewy słychać już po dwóch tygodniach,
nie wiem jak teraz, nie byłem tam od tylu lat,

nadal pamiętam, jak szybko bije
serce przerażonego śpiewaka w dłoni

walki o swoje

wśród ptaków, tylko dzięcioł pstry potrafi
wcisnąć orzech włoski w rozwidlenie gałęzi,
walić, aż pokaże się jądro, jak mały mózg;

czeka na to zwykle wrona, sroka lub sójka,
odpędza dzięcioła, odlatuje ze zdobyczą;

czasem musi nakarmić kilka krukowatych
zanim sam zacznie jeść; rezygnuje, kiedy
chętnych za dużo albo gdy walczą o orzech;

krogulec poluje na kosy próbujące
zwykle bezskutecznie odpędzić dzięcioła
oraz na dojadające resztki sikorki;

wszystkie ptaki uciekają na widok kani
rudej oraz mój, kiedy zjawiam się z koszykiem
pod drzewem w moim nie moim ogrodzie
krytyczne ograniczenie przestrzeni

jak wynika z podwodnych obserwacji, ławica śledzi, czy makreli,
zachowuje się spokojnie w momencie, kiedy znajdzie się we wlocie
włoka; ryby ogarnia niepokój i próbują uciekać, kiedy zwężający się
ku końcowi, najeżdżający na nie włok, zaczyna spychać je ku sobie;
ten moment niepokoju, specjaliści zajmujący się techniką połowów,
nazywają krytycznym ograniczeniem przestrzeni; w tym miejscu
włoka, gdzie występuje wspomniane ograniczenie, wielkość oczek
sieci musi być taka, aby ryby nie mogły się przez nie przecisnąć;
ustalenie tej zależności, pozwoliło na zmniejszenie oporu włoka,
poprzez zwiększenie wielkości oczek w jego przedniej części i tym
samym zwiększyło wydajność połowów; głowy, wnętrzności i kości
ryb, czyli pozostałości po filetowaniu, mielone są drobno a potem
suszone, w ten sposób otrzymuje się mączkę rybną, używaną jako
dodatek do pokarmu w fermach kurzych; masz rację, jeśli zdaje ci się,
że kurczak z supermarketu pachnie rybą,; pisząc o krytycznym
ograniczeniu przestrzeni, daleki jestem od jakichkolwiek analogii
pomiędzy ludźmi a rybami, choć czasem trudno mi się nim oprzeć;
mam tu na myśli techniki wynikające z psychologii społecznej,
stosowane w promocjach towarów, reklamie i wszelkiego rodzaju;
kampaniach wyborczych w państwach parlamentarnych demokracji;
podręczniki o sieciach, tą część włoka, w której ryby nie mają szans
uciec, nazywają matnią

oczy picassa

nie zwróciłbym uwagi, gdyby nie sprzeczność;
max frisch pisze w dzienniku: ..starzec z kłująco
jasnymi oczami..; natomiast różewicz w wierszu:
..łysa wielka głowa/ w głowie czarne płonące oczy..
obaj widzieli go w polsce przy końcu sierpnia
czterdziestego ósmego, miał wtedy sześdziesiąt
sześć lat; na licznych autoportretach są czarne lub
brązowe; pospiesznie szukałem w biografiach
lecz znalazłem tylko: gorączkowe, zamyślone;
zdziwiłem się swoim zapałem, jakbym miał nadzieję,
że dowiem się, co i jak widział, jeśli ustalę barwę;
dlaczego frisch napisał, że są jasne?

wasenstrasse 7

żona gorana z poddasza odchodzi, znalazła nowego;
goran odkrywa możliwość jednoczesnego użycia belki
stropowej stołka sznura do wieszania bielizny oraz grawitacji

na pierwszym piętrze blond liselotte wraz z małżonkiem z
pakistanu naśladują własne papużki nierozłączki; również na
schodach nie zapominają o całusach

pani fitzner gotuje soczewicę, zapach stara się dotrzeć wszędzie,
jakby chciał dorównać wiedzy wdowy z parteru, o wszystkim
co zdarza się w domu

wracam z pracy u „ruecker' a” (wkrótce ogłosi plajtę), przez
uchylone drzwi pani fitzner pyta, ile kosztowała moja kurtka,
wchodzę na drugie piętro, bukowe schody skrzypią jak tamten czas
prosołęgi nad bliskozłotem

ruiny klaszoru benedyktynów w hirsau nad nagoldem;

dla zachęcenia wyobraźni wystarczy prztłumaczyć nazwy:
hirse to proso, au - nadbrzeżne  łęgi, nah - blisko, gold - złoto,
bene dicti - dobra nowina;

budowle z ciemnego piaskowca o barwie (jak pisze w dzienniku
camus) zakrzepłej krwi;

na sowiej wieży (eulenturm) szczerzą zęby zachwycające
płaskorzeźby lwów;

wkrótce po przeczytaniu w muzeum: "podczas zasypiania, stary mnich
pilnował młodego, żeby nie trzymał rąk pod derką",
zobaczyłem za załomem muru klasztornego podwórza, dwie nagie,
całujące się na kocu dziewczyny;

obrazek niby sen młodego zakonnika;

gdy dostrzegły mnie, wstały i odwrócone tyłkami, ubrały
pospiesznie; jedna krzyknęła: czego się gapisz?!

musiałem