Siedziałem przy biurku w bibliotece, gdy przez uchylony lufcik zaczęły dochodzić mnie coraz głośniejsze wrzaski srok. Wstałem, by sprawdzić przyczyny emocji ptaków.
Za oknem, po drugiej stronie domu odgrodzonego od bocznej drogi żywopłotem ze świerków,
skakało po gałęziach wrzeszcząc kilkanaście czarno-białych drapieżników.
Niżej, na mchu, krogulec przyciskał gołębia do ziemi i walił dziobem w grzbiet.
Krwawa rana szybko rosła. Wybiegłem z domu, rozpędziłem ptaki. Ranny gołąb odleciał, siadł na brzozie, ciężko dyszał.
Zaniósłbym go do weterynarza albo sam opatrzył ranę, gdyby nie uciekał. Próbowałem go dosięgnąć lecz wpadał w panikę i odlatywał coraz dalej.
Krogulec nie odlatywał przez kilkanaście minut. Czekał w bezpiecznej odległości, aż zdobycz będzie dostępna, gdy sobie pójdę. Kiedy wreszcie odleciał, ja też wróciłem do przerwanych zajęć.
Godzinę później, nie było widać ptaków a o zdarzeniu przypominały pióra rozrzucone na mchu.
Po upływie tygodnia pióra też zniknęły.
Czy warto było ratować gołębia?
Może pisklęta krogulca czekające na pokarm w gnieździe zdechły z głodu przez moją niepotrzebną pomoc?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz